wtorek, 23 grudnia 2014

Przygotowania świąteczne




Nie będę dużo pisać, sama chce mieć święty spokój jak najszybciej. Twierdzę nie ma sensu puszczać solidnej fali nienawiści, że Boże Narodzenie takie złe bo robimy fałszywy teatrzyk dobroci. Należy spojrzeć na to święto z jako takim uśmiechem i sprawić by nie było to przedstawienie na raz do roku, bo tak wypada. Czego by się tam ze względów światopoglądowych nie obchodziło, ważne by połączyło nas w tym wszystkim jedno. Czas przyjrzeć się naszej przerażającej rodzince raz jeszcze i szeroko do tego uśmiechnąć. W ogóle to od plucia żółcią, narzekania i urządzania polowań na idiotów mamy przecież calusieńki rok.

Wesołych Świąt!

czwartek, 18 grudnia 2014

Natrętne natręctwo


Nawyk trzymania ołówka bądź też długopisu w ustach to uzależnienie, którego zapewne uzależnieniem nikt nie nazywa. Zastanawiającym jest to jak opłakane może to mieć skutki dla przyborów, które w czasie pracy nieświadomie omielamy i przeżuwamy. Nie wszyscy rozumieją to złośliwe przyzwyczajenie, nie każdy ma te same tiki czy natręctwa. Aczkolwiek jeśli komuś wyjdzie takie wombo-combo palacz i pożeracz ołówków, długopisów, rysików i nie wiadomo jeszcze czego, mogą wyniknąć z tego sytuacje poddające wątpliwości to czy pojęcie kontrolowania własnego ciała w ogóle istnieje. Udało mi się zaobserwować to zjawisko u osób, które chcą wierzyć w to, że zdrowy styl życia pomoże im ominąć śmierć równie szerokim łukiem co z tir z piętnastoma naczepami biorący zakręt. Wkładasz sobie takie tiki do psychologicznej maszynki do mięsa i kręcisz korbką jak porypany nastolatek w czasie narkotycznej sesji nieudanego dziecka techno i dubstepu. Taki rozdrażniony jeszcze nie były, ale już nie palacz, chcąc ukoić swoje nerwy robi przeróżne rzeczy. Jeden przypadek maniakalnie pożerał gumy do żucia w ilościach przekraczających możliwości produkcyjne małych, chińskich dzieci przywiązanych pasami do taśm produkcyjnych. Inny z kolei popadł w zupełnie inne nałogi po to by wypełnić pustkę po tym, który uczynił jego portfel anorektykiem. No i ten dziwny, wspomniany wcześniej zwyczaj sięgania po różne rzeczy byleby (jakkolwiek by to brzmiało wy gimbusiarskie zboczuchy) mieć coś w ustach. W pewnym momencie można się złapać na przerabianiu ołówków na wióry niczym bober pracoholik ze wściekiem macicy i kredytem na mieszkanie. Uzależnienia to ciężka sprawa i niekoniecznie musi być to klasyczne „matka ćpie, że wiesz”. Czasem można odnieść wrażenie, że ludzki mózg to jeden z największych ćpunów jakie skonstruowała matka natura. Programuje ciało w sposób, który często niekoniecznie nam odpowiada i tak w ogóle to poza tym jest cholernie złośliwy. Uzależnić można się chyba od wszystkiego.


ps: śniegu jak nie było tak nie ma, a musiałam wrzucić to w dwóch obrazkach bo google mnie na siłę uszczęśliwia i duże obrazki nieładnie zgniata, wypluwa i zmniejsza, komiczne

wtorek, 9 grudnia 2014

Zima



Pogoda ssie. W porze jesienno-zimowej, a w tym sezonie kiedy króluje pora wszechobecnej bezśnieżnej wilgoci i nieludzkiego zimna, prawdopodobieństwo podłapania doła jest równie wysokie co zarażenie się chorobą weneryczną w tureckim haremie. Szczerze to na tę pogodę można by kompletnie lać ciepłym moczem gdyby bezlitosna siła obowiązku wyciągająca biednego człowieka z domu jeszcze przed świtem. Żeby chociaż był ten śnieg to mogę mróz przecierpieć. A mamy co? Masę błotka i wilgoć łamiącą kręgosłupy. Nie wiem kto wpadł na to by osadzić nasz kraj w takim miejscu. Przypuśćmy, że była to paproć, pies albo niedomagająca babcia ameby z niedojebaniem mózgowym. Zresztą dajmy spokój amebie, mieszkamy w takim miejscu gdzie klimat jest niezdecydowany jak blondynka na zakupach. No żeby jeszcze była tu piękna, biała zima. Taka zmieniająca krajobraz w cudowny sposób. To nie! Mamy taką, która wszędzie przynosi błoto. Plaskające, mlaskające błotko z topionego śniegu. Zresztą zima jakakolwiek by nie była jest i tak chorym wytworem. Tyle ile razy się wtedy choruję albo ulega poważnemu uszkodzeniu. Jeb złamana noga, ślizg złamany nadgarstek, a teraz wombo-combo zapalenie oskrzeli. Mam nadzieję, że do świąt sytuacja się jakoś polepszy, a matka natura zrehabilituję. Chcę na święta dużo śniegu i nic mnie to nie obchodzi, że będzie znowu wielkie zaskoczenie kierowców.

 
Ps: k**** jak zimno

środa, 3 grudnia 2014

Dobry kebs piecze dwa razy

Uliczne żarcie. Stoiska z randomowymi hot-dogami, zapiekankami, tortillą, kebsem czy tym dziwnym hindusko-arabskim czymś co się nazywa szałarma, szołarma czy shoarma. Zwał jak zwał. Dość w porządku jest móc zamówić sobie w drodze ciepły posiłek na taką studencką kieszeń, już dostatecznie obciążoną wydatkami na fajki, narkotyki czy alkohol. I cała ta bajka ciągła by się dalej szczęśliwie bez końca niczym pierd nyan-cata gdyby nie fakt, że nagle zachce ci się rozkminiać z czego był ten nieszczęsny kebab. A kiedy dopada cię taka grzeszna pokusa? Oczywiście gdy jesteś już po szkodzie, a twój układ pokarmowy woła o litość przeżarty przez coś o mocy równej rosyjskiemu specyfikowi do odrdzewiania piekarników i balsamowania zwłok. Czasem przez myśl przechodzi krótka, szalona idea jakoby to te całą mięsną masę wciśniętą w bułkę ktoś przyrządził z zarżniętego czarnobylskiego mutanta. No albo z kolei, że sos to musiał im upichcić sam diabeł, któremu to przepis przyśnił się w jakimś potwornym, nocnym koszmarze. Nie bez powodu wśród prostego ludu panuje przekonanie, że w parówkach mamy psa zmielonego razem z budą. Rzeczywistość wytłuszcza nam co to pokrótce znaczy. Mianowicie kości, pióra, skórę, oczy, organy i wszelakie akcesoria w pięknej różowej papce. Potem można już swobodnie przerobić to na biedronkowe parówki czy nuggetsy z macdonalda. Spróbujmy pomyśleć sobie jak wiele nie wiemy o tym co dane jest nam wsuwać z niepohamowanym apetytem. Problem polega na tym, że gdy tylko próbujemy cały pełen barw i zapachów, cudowny świat współczesnej gastronomii staje nam pod jednym wielkim znakiem zapytania, a uciekające z żołądka przez gardło resztki ostatniego posiłku dopadają nas z prędkością polskiego pendolino przy każdej próbie zakupienia czegokolwiek do jedzenia. Na mieście zjeść można przeróżne rzeczy w całej masie punktów szybkiej obsługi żarłoków. Jak mówi internetowa mądrość dobry kebs piecze dwa razy. Warto podkreślić jednak, że takich na przykład studentów jakiekolwiek pojęcie obrzydzenia nie dotyczy. Logika wygłodniałego jest prosta jak smakuję to nie dyskutuj, tym bardziej jeśli jest za darmo.

ps: popadam w coraz większą losowość tematów

poniedziałek, 24 listopada 2014

O "POlityce" słów kilka




Zapłon slowpoka. Nie lubię polityki, włączanie w dzisiejszych czasach telewizji w celu odnalezienia jakiejkolwiek rzetelnej informacji to fundowanie sobie darmowej porcji wkurwu. W ogóle kto jeszcze ogląda telewizję w celach informacyjnych? Czasem jak chcesz się odmóżdżyć to okej. Wystarczy do tego trochę reżyserowanych dokumentów i jest git. Pod wpływem ucisku głupoty i absurdu twoje neurony, wypływają w postaci zielonej, lepkiej masy przez wszelakie możliwe otwory w ciele byle dalej od tego gówna. Ale absurd zawsze jest śmieszny, o tym nie zapominajmy robiąc dobrą minę do złej gry zwanej polityką. No bo przecież malutki nadbałtycki kraik to ostoja dobrobytu i wszelakich szlacheckich wolności, tylko dziś słowo szlachta trzeba zastąpić słowem mniejszości. Obserwując ostatnie wydarzenia związane z wyborami mało kto zauważa jak wielki kawałek układanki wpada nam w ręce. Zielone ludziki na Krymie były w rzeczywistości tymi samymi, które zalęgły się w PKW w czasie liczenia głosów. Cała ta komisja podała się do dymisji, ale nie ulegajmy pozorom. Tak naprawdę Putin obiecał im, że jak będzie robił referendum w sprawie chęci włączenia Polski do Rosji to oni będą w tej nowej, drugiej komisji, dlatego tak chętnie odpuścili. Co do ostatniego głosowania warto też wspomnieć o najnowszym programie do przemielania i przeliczania danych przy wyborach prezydenckich, podobno mają go nazwać „Matrix”. Te i inne wiadomości, a także darmowe podnoszenie ciśnienia przez słuchanie lewackiego pierdolenia poleca tusk vision network. No ale trzeba być twardym jak żelki z biedry i chleb z tesko i jakoś to przetrwać bo nawet jak postanowimy przegnać te pasożyty widłami i pochodniami to prędzej czy później staniemy przed znaczącym pytaniem, a co teraz? Nie znając na nie odpowiedzi damy się po raz kolejny w naszej pięknej historii wyruchać.

ps: PKW - póki kiwamy wygrywamy

poniedziałek, 17 listopada 2014

Alkohol to trucizna!

Ja tam lubię pisać o używkach. Problem niezgłębiony jak szerokość Wisły we Wrocławiu. No bo przecież zaburzenia grawitacyjne planety nigdy nie są zbyt wysokie, no czasem halny zawieje ale to wszystko. Można sobie dogłębnie poznać strukturę podłoża, podłoga taka fascynująca i przyjazna nawalonym eskapadom człowieka o niskim poczuciu stabilności wywołanym poprzez gwałtowny brak wiary w siłę ciążenia naszej planety i nie tylko. Zbawienny wpływ artykułu pierwszej potrzeby jakim jest alkohol bez wątpienia pomaga ludzkości, a w czasach niżu demograficznego także i naszemu wytrwałemu narodowi. Ileż to aktów urodzeń wypisano w konsekwencji, no tak jakby dalszych konsekwencji nadmiernego spożycia. Oto pozytywny punkt widzenia, który powinniśmy drążyć dalej. Nie to co kiedy nie rozróżniasz hamulca od gazu, a w trakcie jazdy dumasz nad tym do czego jest ten trzeci pedał, bynajmniej to zwiastuję tylko katastrofę. Popatrzmy na tę chemicznie podejrzaną substancję jak na zbawienie dla wielu nieśmiałych bądź też kiepskich podrywaczy. Takie przedłużenie powszechnie dostępnym narzędzi negocjacyjnych takich jak chloroform czy pigułka gwałtu. Ewentualnie jest to wyborny eliksir starożytnych magów prekursorów sztuki teleportacji. Po odprawieniu odpowiedniego rytuału polegającego na wprowadzeniu do organizmu odpowiedniej ilości leczniczej cieczy można skutecznie przenieść się z jednego miejsca w drugie przy jednoczesnym pominięciu fazy faktycznego ruchu. Trudno wyczuć tu jakąkolwiek śmieszność gdy próbuję się to tak o suchym pysku opisać więc zanim rozpalę sziszę, wasze zdrowie!

ps: Hydrozagadka, wygugluj to sobie

poniedziałek, 10 listopada 2014

Mój współlokator Stalker


Zona, stalkerzy prawie jak Polska po dwudziestu kolejnych latach eurokołchozu i następnej nieuniknionej kadencji rządów POPISu. Hm czyżbyśmy właśnie odkryli kim jest ten magiczny elektorat, który ciągle wybiera bandę rudego już bez rudego? Może w istocie ktoś marzy o lataniu z licznikiem geigera tam i z powrotem ale by ziścić ten mokry sen miłośnika post-apo wystarczy skłócić ze sobą wszystkich potencjalnych właścicieli i użytkowników broni jądrowej. Raz, dwa, trzy trzecią rękę masz dziś ty. Jedno wiem na pewno Stalkerzy to irytujące bestię i trudni współlokatorzy. Wyskakują dosłownie wszędzie z mikrofalówek, konserw, telewizorów, łóżek, pudełek, muszli klozetowych, pryszniców, telefonów itp. No oczywiście, nie zapominając o tym przeszywającym spojrzeniu szkiełek z gaz maski, które uważnie skanuje to co trzymasz przy sobie. Stalker to taki wielki zmutowany chomik, który tylko czeka na okazję zapchania sobie policzków i spieprzenia w losowo wybranym kierunku. Przy sobie trzyma wszystko co ma mu być potrzebne do przetrwania w trudnym świecie promieniowania i śmiertelnych emisji bądź też mrocznych i niepoznanych tuneli metra. Zwał jak zwał wszyscy wiedzą o co chodzi, wystarczy zostawić lodówkę na chwilę bez opieki, o alkoholu nie wspominając. Stalker zaadaptuje wszystko i przetworzy wszystko, podobnie jak polski bimbrownik przedestyluje każdy zdobyty surowiec. Nie wspominając o tych wszystkich dziwnych artefaktach, które ten nieznośny współlokator przytarga do domu jak kot zdechłą mysz. Przynajmniej fakt, że następnego dnia z niewiadomych powodów wszystkie roślinki doniczkowe świecą w ciemności, a tobie wyrósł ogon nie budzi już większego zdziwienia.

ps: mamy nowego bohatera Kota-stalkera, tak wiem, że wygląda jak kuzyn slendermana

sobota, 8 listopada 2014

Marihunaen? A komu to potrzebne?



Ludzie odurzają się od setek lat czym popadnie i w tej długiej historii można się doszukać dosłownie wszystkiego. A ten nasz ukochany temat, jest taki zielony, rośnie sobie i pobiera energię słoneczną i w ogóle wydaje się być najbardziej bezkonfliktową roślinką na całym świecie. Może inaczej, dzięki tej uroczej roślince w ciągu kilku chwil robisz doktorat z socjologi, filozofii, ekonomii, a dodatkowo zostajesz profesorem poezji lingwistycznej. Ludzie odkrywają po tym bardzo prostą sztukę robienia beki ze wszystkiego. Nawet nie wiesz kiedy zaczynasz się kłócić z własnym dywanem kiedy twoi kumple robią z biurka łódź podwodną, a do reszty wkurwiona głodzilla z okresem sieje spustoszenie w twojej lodówce. Niestety kiedy twoja wykładzina usiłuje pogodzić mechanikę kwantową z teorią względności wiesz, że konwersacja niestety trochę się przeciągnie tym bardziej gdy kapitan łodzi podwodnej ogłasza zwycięstwo filozofii Sokratesa nad myślą sofistów. Jakkolwiek by to nie brzmiało nie należy przyjmować marihułanena zupełnie bezkrytycznie. No bo jak mówią jakieś tam podobno bardzo poważne badania od jarania ile wlezie można dorobić się przeróżnych efektów ubocznych np. nakazu eksmisji swoich szarych komórek. Podobno cały ten zielony cyrk może również przyczynić się do nabawienia się takiej przyjemnej choroby jak schizofrenia. I tak i tak na coś się umrze jak to powiadają nałogowi palacze zajmujący się profesjonalną hodowlą raków i latających przerzutów. W świecie wiecznej fazy dużo łatwiej jest uzyskać jednocyfrowe IQ chociaż jak uczy nas życie idiotą można być bez faszerowania się byle czym.

ps: po co ludziom przegroda nosowa? żeby niektórych nie kusiło!!

sobota, 1 listopada 2014

Gwiezdne Koty

Odkurzasz sobie starą kasetę VHS i leniwym wzrokiem czytasz ręcznie naszkicowane bazgroły. Gwiezdne Wojny IV i V łamane przez Godzilla. I oto mam temat. Uniwersum, które trochę temu kupiła sobie myszka Miki z tego co mi wiadomo, szczerze to nie mam pomysłu co można by o tym napisać. Tak w ogóle co może być śmiesznego w Gwiezdnych Wojnach? Poza tym, że wygląda to jak mokry sen miłośnika sci-fi po długim i intensywnym maratonie po wszelakich internetowych zboczeniach, to jest tam szczerze powiedziawszy sporo fantasy. Wszystkie te startrekowe napierdalające po oczach gadżety, lampeczki, stateczki i koleś w blaszanej puszce, który już dawno temu powinien zostać pozwany o alimenty to jedynie sceneria dla wielkiej wiary we wszechpotężną moc i jediizm. Siłę, którą można przeistoczyć w broń w swej skuteczności porównywalną do jednoczesnego ataku sraczki i kichania. Wszystko tak dość bardzo kręci się wokół tego, batalii dobra ze złem i wojnie w imię nietolerancji czy tam dyskryminacji czerwonego koloru mieczy świetlnych przez tych dobrych. Historia pełna patosu i wzorców niemalże ze średniowiecznego poematu o rycerzach zakutych w sporą ilość blachy niefalistej, a jednak wystarczy dołożyć do tego coś co przekracza prędkość światła i pozwala łamać te prawa fizyki, które aktualnie uznajemy z piętnaście razy zanim jeszcze zacznie się opowiadać przygody jedi i sithów i dochodzimy do tego co mniej więcej znamy z filmów. Chodzi o ducha fabuły. Tak samo jak kotu nie biega tylko o puszkę, a jej jadalną zawartość. Bądź co bądź połączenie tego wszystkiego daje nie tylko bardzo ciekawy produkt, który świetnie się wciska za zielone, hamerykańskie dolary. Uniwersum Gwiezdnych Wojen jest równie obszerne co nieprzepastne morze ludzkiej głupoty. Można jedynie zachwycać się efektami pracy, które zapewne pochłonęły czas potrzebny do nakręcenia materiałów dla kilkunastu potężnych serwisów z pornosami. Jest co czytać, przeglądać, a jakby się uparł to i o fapaniu by pogadał, ale po co być takim gimbusem by od razu mieć ze wszystkim skojarzenia. Po prostu można sobie samemu zweryfikować proporcję mieszanki sci-fi i fantasy, o ile taka rzeczywiście istnieje, a ta teoria nie wynika jedynie z przedawkowania żelków z witaminami.

ps: nie mam pojęcia o co chodzi z tym halołin to o tym nie piszę

poniedziałek, 27 października 2014

Ebola Strike

Nie wiadomo co sobie o tej całej ebolci sobie myśleć. To taka pokerowa rozgrywka między ebolą-chan, koncertami farmaceutycznymi i całą resztą ludzkości. Bajer polega na tym kto lepiej blefuje, trochę jak w grze do rozwijania własnej, niszczącej ludzkość plagi. Nie wiadomo czy straszą nas firmy, chcące wcisnąć nam wyprodukowaną już w nadmiarze szczepionkę na insekta, którego same sobie znalazły w terenie czy wynalazły w domowej skarpecie. Trudno powiedzieć, że jak mówią gimbusy po przejściu plagi świńskiej grypy, niedojebania mózgowego i masowym zastosowaniu szczepionki na wiedzę, nie mają one racji. No, a może po prostu sprytna ebolcia nas zwyczajnie wyroluje jak dobry gracz o stalowych nerwach, unicestwi ludzkość, zrobi jakąś tęczową anihilację i takie tam. Tak w ogóle to ta cała choroba jest przyjemna jak kosa w żebrach, takie coś lubiące wybierać się na przyjemne wakacje po innych flakach i kontynentach jakby samo już tak trochę nie mieszkało w przyjemnym, ciepłym, egzotycznym regionie. Upierdliwy drobnoustrój porównywalny w poziomie kurwicy i niebezpieczeństwa z napalonym na ciebie komornikiem w uroczym kudłatym przebraniu losowo zboczonego zwierzątka, rodem z najmniej lubianego przez ciebie serwisu z pornosami. I nawet tego nie wiadomo czy rzeczywiście to coś jest aż tak złe i mroczne jak ciemności złe i mroczny katar beznosego Voldemorta. Rozbieżność przeróżnych opinii jest tu w istocie dość ciekawa. Bać się i panikować biegając w chaosie i ogólnej aurze zdebilenia po wszelakich możliwych ścianach i sufitach gdy tuż obok kucyki urządzają masową rzeź mózgów czy też klasycznie żyć według zasad wiary w tumiwisizm przy zachowaniu maksymalnego możliwego poziomu stoicyzmu. Trudno powiedzieć kto wygra ten pojedynek, jakby co nadejdzie jakaś tam anarchia. No ale ebolcia – chan jest taka urocza, oczywiście jak wiele innych rzeczy przemielonych przez 4chana. W szczególności tych, na które nigdzie indziej nie można patrzeć w ten sam chory i spaczony sposób.

ps: ulubiona bajka czarnych dzieci? ebolek i lolek

piątek, 24 października 2014

Miłość łóżkowa


Poranek, rano, skóra muskana promieniami budzącego się słońca i dobiegający zza okna słodki śpiew ptaków. No, a tak na serio to słyszysz brzęczący dźwięk telefonicznego budzika, który doprowadza do natychmiastowej ucieczki krwi z ciała poprzez otwory w nosie i uszach. Słońca nawet nie widać bo ono w godzinach twojej pobudki nie pracuje, wstajesz jeszcze przed wschodem naszej słodkiej kulki płonącej plazmy. Zimno sprowadza twoje ciało na powrót do pozycji embrionalnej. Nawet za największą ilość alkoholu czy innych wybranych, kosztownych środków odurzających nie byłbyś w stanie myśleć trzeźwo kiedy cały świat dokoła pogrążony jest jeszcze w egipskich ciemnościach. Zanim minie okres szarugi jesienno – zimowo – wiosennej ludzkość na tej szerokości geograficznej czeka jeszcze wiele takich poranków. Nie zapominajmy wspomnieć, że przy wychodzeniu z domu kierowca twojego miejskiego czy podmiejskiego autobusiku już cię wypatrzył więc teraz przebierać trzeba przeszczepami by tego męskiego członka w miarę efektywnie dogonić. Słyszysz ryk silnika spieprzającego przed tobą środka komunikacji publicznej, a przed oczami przelatują ci konsekwencję ewentualnego spóźnienia. No cóż o tyle dobrze, że gimbusiarskie pokolenie tak bardzo ma gdzieś konsekwencje swoich czynów, oszczędza to sporo stresu. Zarzuci jakimś hasłem typu, że szlachta się nie spóźnia tylko robi sobie zajebiste wejście i klepiąc na swoim szajsungowym patefonie jaka to edukacja jest zła, poczeka na następny. I tak osiągnięcie o tej porze jakiekolwiek efektywności w używaniu szarych komórek czy to w pracy czy w szkole, ma takie same szanse powodzenia jak to, że jeszcze dziś zakończysz maraton z „Modą na Sukces” w towarzystwie pięciu tęczowych, włochatych jednorożców, które przed chwilą rozmroziłeś w mikrofali. Sen to przywilej bogatych, a szara masa codziennie, jeszcze przed wschodem słońca, czeka. Posłusznie załadowana w autobusy czy samochody, upakowana równiutko jak czekający na dostarczenie towar. Dlatego wszyscy czujący się gimbusami powinni powiedzieć jakiemukolwiek wysiłkowi od poniedziałku do piątku zdecydowane i dosadne raczej nie.

ps: zimno zmusza do szybszego pisania na klawiaturze

wtorek, 21 października 2014

Zła magia

Bite kilka godzin słuchania o matmie, studenci powoli snują się po korytarzach niczym zombie. Limbaza odpadła wcześniej bo już po trzech lekcjach nauki o liczbach. Matematyka to najtrudniejsza kobieta do zaliczenia w całej historii ludzkości, z każdą kolejną epoką zadanie to staje się coraz trudniejsze gdy ta diabelska dziedzina wiedzy jest równomiernie pogłębiana i poszerzana przez sporą ilość elity intelektualnej. Matematyka dla gimba jest porównywalna z jebnięciem czołgiem, jebana najczarniejsza z czeluści w zamętach kosmosu przeciwstawnej galaktyki Odwróconego Świata. Po pewnym czasie skupienie się na wykładanych zagadnieniach jest niemożliwe. Przekaz nowej podstawy programowej niezwykle skutecznie rozpuszcza komórki nerwowe przeistaczając po dłuższym czasie różową mózgową galaretkę, w różowy mózgowy kisielek. Spójrzmy prawdzie w oczy nawet ludzie z profilów ścisłych rzadko kiedy są wielkimi miłośnikami matmy, bo prędzej czy później nawet największy entuzjasta seksownego smyrania kalkulatora w końcu trafi na zagadnienie siebie warte. Warto jednak zapamiętać, że bycie matematycznym debilem automatycznie nie czyni z delikwenta humanisty, vice versa upośledzenie językowe porównywalne ze wspaniałą umiejętnością wypowiadania się prezydenta z memów nie obdarza cię mózgiem-komputerem. Taki tyci szczegół, który powinien porazić równie mocno co przemycany z Ukrainy, kupiony w Polsce, montowany przez Chińczyków, paralizator z Kambodży. Mimo wszystko trudno ścisłowców nie podziwiać, chociażby za niesamowity dar ogarniania tej najgorszej dziedziny okultyzmu. Bo w końcu gdy chcemy przywołać kogoś inteligentnego mówimy o Einsteinie, a przypadkiem nie podziwiamy go za to, że właśnie ogarniał matmę?

ps: kiedyś edukacja się skończy, bądźmy dobrej, gimbowej myśli